Ostatnio na kanale Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej ukazało się nagranie z naszego panelu podczas Kongresu Futurologicznego: „Polski kosmos 2050: W stronę Księżyca i Marsa”. Razem z Bartoszem Paszczą i Tomkiem Barcińskim, prowadzeni przez Ištvana Vizvary'ego, próbowaliśmy zmierzyć się z pytaniem, które na pierwszy rzut oka brzmi niemal obrazoburczo: po co Polsce w ogóle własny program kosmiczny? Czemu nie możemy po prostu dołączyć do większych graczy, kupować gotowych rozwiązań i latać na sprzęcie sojuszników?
Kiedy słucham tego nagrania z perspektywy czasu, widzę, że przez całą godzinę próbowałem przemycić jedną główną myśl: w programie kosmicznym wcale nie chodzi wyłącznie o rakiety i satelity. Chodzi o to, co cenimy w naszej kulturze, jakie mamy ambicje i jak chcemy, żeby wyglądała przyszłość Polski.
Spisałem kilka wątków, które leżą mi szczególnie na sercu.
Koniec ery pojedynczych śrubek i walka o „lewar”
Mamy w Polsce wybitnie wykształconych ludzi, świetny talent i mnóstwo pojedynczych technologii. Problem, który obserwuję w naszym sektorze – i jednocześnie główny powód, dla którego w PIAP Space organizujemy i współtworzymy całe misje kosmiczne – polega na tym, że musimy nauczyć się te technologie integrować. Musimy zacząć budować coś większego niż tylko zbiorowisko pojedynczych śrubek i pojedynczych płytek elektronicznych wysyłanych za granicę.
Czemu musimy? Bo myślę, że mamy większe ambicje niż tylko pracę dla innych nacji.
Oczywiście, kosmosu nie robi się dziś w pojedynkę. Już bierzemy udział w międzynarodowych przedsięwzięciach, chociażby wokół programu Artemis czy w ramach Europejskiej Agencji Kosmicznej. Ale jeżeli chcemy, aby to nie inni decydowali, jak będzie wyglądała nasza przyszłość w kosmosie, musimy mieć wpływ na te międzynarodowe programy. A żeby mieć ten wpływ – żeby mieć realny lewar przy stole negocjacyjnym – musimy wnosić własny, zaawansowany wkład technologiczny.
Na naszych oczach totalnie zmienia się ekonomia lotów kosmicznych. Powstaje gospodarka bezpośrednio w przestrzeni kosmicznej, mówimy o pierwszych prywatnych stacjach orbitalnych, serwisowaniu satelitów czy produkcji leków w mikrograwitacji. Ten rynek globalnie zaczyna się otwierać. Na razie jest to jeszcze w dużej mierze wizja finansowana przez poszczególne państwa i instytucje, ale my – chociażby realizując misję pierwszego polskiego statku manewrującego RAVEN – próbujemy bardzo stanowczo zająć w tym nowym ekosystemie konkretne miejsce.
Poszatkowana Europa, własny słownik i rakieta nad Bałtykiem
Klasyczny program kosmiczny kojarzy nam się z Amerykanami: zdobycie Księżyca, wahadłowce, Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, dziś SpaceX. Tylko że Amerykanie mają państwo liczące ponad 300 milionów ludzi, mieszkających na jednym kontynencie, mających to samo tło kulturowe i porozumiewających się jednym językiem. Nawet jeżeli tylko mały promil z nich zostaje inżynierami, z automatu daje to setki tysięcy ludzi zdolnych do bezproblemowej współpracy nad jednym, gigantycznym projektem technicznym.
W Europie nie mamy tej bazy. Jest nas nawet trochę więcej, ale jesteśmy totalnie poszatkowani przez historię, kulturę i języki. Przez to realizacja wielkich programów przychodzi nam o wiele ciężej.
Jaka w takim układzie powinna być droga Polski? Zanim zdecydujemy, co wśród wszystkich narodów europejskich jest naszą wąską specjalizacją, chcemy próbować robić wszystko, aby zdobyć uniwersalne doświadczenie realizacji misji kosmicznych na wskroś. Prawdopodobnie nie będziemy doskonali w każdym elemencie. Ale przechodząc tę drogę, zbudujemy własny heritage, wytworzymy własne analogie, a nawet własne słownictwo. W praktyce często okazuje się, że polskiemu językowi i naszej kulturze pracy brakuje jeszcze właściwych narzędzi pojęciowych, by pewne zjawiska i procesy w ogóle nazwać i sprawnie przy nich współpracować. Dopiero gdy położymy te fundamenty, możemy świadomie wybierać specjalizację.
Dotyczy to nawet tak gorącego tematu jak polska rakieta nośna. Po co nam ona, skoro latają rakiety europejskie czy amerykańskie? Po pierwsze: warunki geograficzne wcale nie są beznadziejne – analizy (chociażby Instytutu Lotnictwa) pokazują, że startując z okolic Ustki w kierunku wschodnim nad Bałtykiem, jesteśmy w stanie bezpiecznie dolecieć na użyteczną orbitę. A po drugie, mówiąc zupełnie cynicznie w kontekście naszego bezpieczeństwa: ostatecznie chcemy mieć technologię rakiety balistycznej wycelowanej w pewnym kierunku. Rakieta nośna prowadzi nas dokładnie do tego samego celu technologicznego.
Kosmos jako trening na trzy pokolenia
Kiedy patrzymy na najdalsze wyzwania – na ten prawdziwy frontier, rzeczy, których nikt wcześniej nie zrobił – one na początku nie mają motywu wolnorynkowego. Kapitał prywatny ma świetnego nosa do skalowania biznesu i innego podejścia do ryzyka (widać to po tym, ile Falconów 9 musiało wybuchnąć za oceanem, zanim technologia zadziałała), ale rzeczy strategiczne i przełomowe zaczynają się od wizji i pieniędzy publicznych. A w Polsce, jak często powtarzamy, projekty publiczne żyją od kadencji do kadencji.
Właśnie dlatego uważam, że kosmos jest świetnym eksperymentem i świetną wymówką dla nas, Polaków, żebyśmy nauczyli się robić projekty długofalowe, wymagające zgodnej współpracy ogromnej liczby jednostek. Do tej pory historycznie mieliśmy z tym problem.
Kosmos brutalnie pokazuje, jak dużo czasu, organizacji i ciągłości potrzeba, by cokolwiek dowieźć. Nawet pozornie łatwa rzecz, ale taka, którą trzeba robić konsekwentnie przez trzy pokolenia, staje się w naszych warunkach ekstremalnie trudna. Jeżeli jednak wyrobimy w sobie te umiejętności przy okazji programów kosmicznych, zyskamy coś bezcennego tu, na Ziemi. Staniemy się bardziej dojrzałym, zdrowszym społeczeństwem i zdrowszą cywilizacją – lepiej zorganizowaną, posiadającą narzędzia do wymiany informacji i mniej podatną na wstrząsy.
Pętle dopaminowe czy własna tajemnica wszechświata?
Wychodzimy dziś z czasów pewnego marazmu. Rzeczy na Ziemi często wydają się przytłaczające: wojny, kłótnie polityczne, krótki horyzont myślenia. Bardzo mocno rezonuje we mnie zdanie przypisywane po latach uczestnikom ery Apollo: „Obiecaliście nam lot na Marsa, a daliście nam Twittera”.
Stoimy przed wyborem dwóch fundamentalnych ścieżek rozwoju. Albo zostaniemy na tej planecie, zamkniemy się w pętlach dopaminowych portali społecznościowych, będziemy inwestować wyłącznie w „cegłę i beton” i zapomnimy o wielkim fizycznym świecie poza Ziemią – czekając, aż spadnie asteroida i zakończy nasz los. Albo będziemy chcieli czegoś więcej.
Dla mnie osobiście kosmos przez całe życie był świadectwem tego, że istnieje coś ponad naszą codzienność; coś obiektywnego, neutralnego i ekscytującego, do czego możemy wspólnie aspirować.
Gdy robię sobie analizę wsteczną od tytułowego roku 2050 do tego, co musimy mieć tu i teraz, dochodzę do wniosku, że najważniejszym „produktem” naszego sektora kosmicznego nie będzie pojedyncza maszyna. Tym produktem będzie wartość inspirująca. To, żeby młodzi ludzie aspirowali do rzeczy trudniejszych, wybierali studia techniczne, naukę, albo po prostu oddali się głębszemu zrozumieniu świata i kondycji ludzkiej całościowo – bo bez tego w głęboki kosmos nie polecimy.
Dlatego zostawiam Was z tym samym pytaniem, które rzuciłem na koniec naszego panelu: zamiast myśleć tylko o wbiciu biało-czerwonej flagi na Marsie, zastanówmy się – jaką konkretną tajemnicę wszechświata chcemy jako Polacy zgłębić? W której gałęzi nauki i technologii kosmicznej chcemy być absolutnie najlepsi na świecie, czyniąc z niej naszą nową cechę narodową?
Kraków, Wrzesień 2026
